Imię: Iwona nazywana Rudą, choć często jest Czarna (a raz była Zielona i prawie Siwa).

Nazwisko: Szymanowska

Wiek: nieustannie słodkie 16 lat

Kierunek: Kulturoznawstwo, II MSU, specjalizacja: Etnologiczno-etnograficzna

Kontakt:

Zainteresowania: Kultura ludowa,

Kilka słów o sobie:

Było cymbalistów do jasnej ciasnej, ale żaden nie odważył się zagrać przy Iwoniastej.

poeta nieznany

My precioussssssssssssssssssssssssssssss….

Iwona do swoich cymbałów

Hrpffffffffffffflbllllhyhyhyhyhypffffrbbbbbbmlaskmlask.

zadowolenie Iwony po wygraniu kolejnej nagrody dla najlepszego muzykanta

 

Dawno, dawno temu, w nie tak znowu odległej galaktyce, za górami, za lasami, tam gdzie psy szczekają tylną częścią ciała, a smoki wieczorem wychodzą na żer i polują na dziewice, Iwona Sz. nazywana Rudą urodziła się dnia pięknego, kiedy słońce świeciło, a wróble ćwierkały (wtedy jeszcze wiele wróbli było, dziś niestety coraz mniej, to przez ocieplanie bloków podobno). Kur zapiał, kiedy Iwona Sz. nazywana Rudą wydała swój pierwszy okrzyk (i lekarz zdumiony mówił pielęgniarkom później, że słyszał jak okrzykiem tym był „folklor”, choć pielęgniarki nie dawały wiary i twierdziły, że mu się przesłyszało). Iwona otworzyła oczy niebieskie niczym strumyk szemrzący gdzieś wśród pól jednej ze wsi słowiańskich. Wszyscy w zachwycie patrzyli cóż to za piękne dziecię, ona natomiast wybijała nóżkami rytm oberków, kujawiaczków i innych melodii, na których pisząca się nie zna. I na tym minęły pierwsze miesiące życia Iwony Sz. nazywanej Rudą – wystukiwała oberki i kujawiaczki, a wszyscy zachwycali się, że dziecięciem jest pięknym. Zamieszkała z rodziną w chatce na kurzej łapie nieopodal stawu, z którego co i rusz wychodziły utopce i trzeba było wzywać wiedźmina. Ale Iwona Sz. nazywana Rudą odważnym dziecięciem była i wiedźmina ani utopców się nie bała, wystukiwała tylko oberki i kujawiaczki kiedy wiedźmin przyjeżdżał.

Kiedy Iwona Sz. nazywana Rudą podrosła na tyle, że mogła oprzeć brodę na stole, biegała po polach oglądając krowy, konie, owce, bociany, zbierała żaby do kieszeni, biegała za kurami z wrzaskiem, aż te ze strachu znosiły w biegu jajka (a niektóre nawet nauczyły się latać), ciągała koty za ogon i polowała na kuropatwy. Król władający rodzinną krainą Iwony denerwował się na to wielce, bo wszystkie jednorożce i inne mityczne stworzenia z magicznej krainy Ełk uciekały w popłochu ze strachu. Kiedy jednak ktoś groził Iwonie placem mówiąc „nonono, nie można”, Iwona wyzywała go od cymbałów. Każdy patrzył z przerażeniem co z niej wyrośnie. Dziadek Iwony postanowił kupić jej Barbie w zestawie z samochodem i trzema grzebykami. Babcia kupiła jej torebkę w kształcie niedźwiedzia. Rodzice pomalowali jej pokój na różowo i przykleili na ścianę plakat Justina Biebera choć jeszcze nie było go na świecie, bo dziś ma 16 lat. Wujkowie i ciocie zjeżdżali do chatki na kurzej łapie i starali się sprowadzić ją na dobrą drogę. Iwona miała więc akwarium z rybkami, sukienki z falbankami a nawet hipopotama na baterie. Nic z tego. Kiedy nikt nie widział mała Iwona znikała za stodołą z paczką papierosów w kieszeni. Paląc wymyślała melodie najróżniejsze – wolne, szybkie, na skrzypki i na kontrabas. Tak oto Iwona tworzyła swoje pierwsze muzyczne dzieła. Za stodołą, z papierosem w zębach.

W dżdżysty dzień pełen dżdżownic, kiedy Iwona podrosła nieco i na stole mogła oprzeć już łokcie, weszła do domu i oznajmiła, że zostanie cymbalistką. Dziadek w szoku tulił Barbie, babcia zmięła torebkę, a Justin Bieber odkleił się od ściany.

– Ależ Iwono, dlaczego, przecież miałaś pracować w aptece u naszej zielarki! – mama Iwony załamywała ręce, a tata w złości poszedł zbierać grzyby. – Dlaczegóż, ah, dlaczegóż, ah.

Po czym mama Iwony zaniosła się płaczem i wydmuchała nos w odklejonego Justina Biebera. Iwona Sz. Orzekła jednak, że tak będzie i kropka, po czym zniknęła za stodołą z papierosem.

Kiedy Iwona Sz. wyrosła sporo ponad stół, oznajmiła, że jej przeznaczeniem jest rozpocząć studia. Spakowała cymbały, założyła glany, zarzuciła na ramię plecak z napisem fuck the system, poszła za stodołę po raz ostatni i wsiadła do pociągu byle jakiego. Na peronie rodzice, dziadkowie i wszyscy wujkowie i ciocie machali jej aż pociąg zniknął w porannej mgle. Wtedy udali się do domu z myślą, że Iwona Sz. obrała drogę, która nie zawiedzie jej w dobrym kierunku, ale Iwona czuła, że cymbalenie jest jej przyszłością, a ukulturalniające studia mogą pomóc znaleźć jej muzyków, którzy stworzą z nią zespół znany na całej ziemi, ba, w całym wszechświecie. Że będą bardziej znani niż David Bowie, Tina Turner i wszyscy muzycy Slipknota.

Po kilku godzinach jazdy pociągiem Iwona Sz. dotarła tam, gdzie dotrzeć chciała. Miasto L., metropolia na wschodnim brzegu rzeki Wisły była krainą mlekiem i miodem płynącą. Po zielonych łąkach biegały radosne niewiasty, a za nimi nadzy młodzieńcy wachlując je liśćmi palmowymi i karmiąc cebularzami z ekstra serem. Każdy do każdego mówił „perełko”. Iwona Sz., zachwycona tym, co zobaczyła obrała sobie za cel zatrzymanie się w studenckiej złotej willi. Tam to wyjęła z plecaka gitarę, rozpakowała cymbały i zaprosiła miejscowych żaków do wspólnego biesiadowania. Tam też dawała pierwsze koncerty w mieście L. Dostawszy się na studia często zabierała ze sobą na zajęcia cymbały ku uciesze gawiedzi. Tak mijały tygodnie, miesiące, lata. Iwona Sz. uprzyjemniała sobie czas spacerując rankiem po parku z butelką po cisowiance w dłoni, kolędując, jedząc hamburgery, próbując miejscowe trunki i cymbaląc od czasu do czasu.

Był słoneczny dzień, podobny do kiedy, kiedy mała Iwona Sz. nazywa Rudą po raz pierwszy otworzyła błękitne oczęta. Iwona Sz. siedziała właśnie pod wierzbą jedząc chipsy i oddając się rozkoszy podziwiania wachlującego ją liściem palmowym młodzieńca. Wtedy też pojawił się przed nią posłaniec, który przybył na żyrafie.

– Pani Iwono, została pani zaproszona przed oblicze Sławomira Co Na Skrzypkach Gra. – powiedział zsiadając z żyrafy i wręczając Iwonie Sz. list napisany na pergaminowym papierze. – Jest pani muzykantką tak utalentowaną, że Sławomir Co Na Skrzypkach Gra postanowił zaprosić panią do wspólnego muzykowania. Radzę wykorzystać sytuacje, gdyż ma pani szansę stać się bardziej sławna niż David Bowie, Tina Turner i wszyscy muzycy Slipknota.

I tak Iwona Sz. z ciężkim sercem opuściła wachlującego ją nagiego młodzieńca i udała się do Sławomira.

Sławomir mieszkał daleko. Iwona Sz. musiała przebyć trudną drogę – bagna, ciemne lasy, góry i morze wypełnione wielorybami. W końcu, po miesiącach wyczerpującej podróży stanęła przed bramą ze złota. Przed sobą zobaczyła zamek sięgający do nieba, którego strzegły puchate smoki. Iwona Sz. powiedziała puchatym smokom, że jest wielką cymbalistką, po którą Sławomir Co Na Skrzypkach Gra posłał posłańca na żyrafie. Puchate smoki zaprowadziły więc Iwonę przed oblicze Sławomira, który siedząc przy stole sączył ambrozję z kielicha i oglądał Must Be The Music. Iwona ukłoniła mu się w pas i powiedziała kim jest, a Sławomir z wrażenia zachłysnął się ambrozją. Odesłał puchate smoki i zaprowadził Iwonę do komnaty, w której miał trzydzieści sześć milionów skrzypiec i jeszcze więcej smyczków. Iwona zacymbaliła mu. A on zaskrzypkował. I tak cymbalili i skrzypkowali, a później zaczęli jeszcze bębnić.

Ich kariera rozwijała się. Grali tu, i tam, przemierzali lasy, bagna, góry i morza pełne wielorybów, żeby zagrać tym, którzy o ich cudownej muzyce usłyszeli. Stali się sławni bardziej niż David Bowie, Tina Turner i wszyscy muzycy Slipknota. Nagrali sto płyt, a każda pokryła się platyną. Ich plakaty zamieszczane były w Bravo i Popcornie, wywiady z nimi można było zobaczyć w mtv. Rozpisywały się o nich pudelki i pompony. Każde z nich kupiło sobie własną wyspę i samolot, byli tak sławni w całym wszechświecie, że nawet mistrz Yoda zamieszkujący daleką planetę Dagobah by o nich usłyszał, gdyby jeszcze żył. Zapraszali ich królowie na swoje dwory, zapraszali ich żacy na swoje biesiady. I na jednej z tych biesiad ja byłam, miód i wino piłam. Muzykowania ich posłuchałam, wszystko Wam opisałam.

O Iwonie bajała Katarzyna Wójcik